Fundacja Paragraf

SKOŃCZMY Z MAFIĄ W POLSCE

sedziowie12
wSieci 11_17
sedziowie2

DLACZEGO NIEKTÓRZY SĘDZIOWIE KRADNĄ?

Na pewno nie z głodu. Ani z powodu wyższej konieczności. Część środowiska prawniczego wywodząca się z kręgów homo sovieticus ten elementarny brak uczciwości wyniosła z czasów krwawego terroru komunistycznego, gdy cel uświęcał środki, a ferowane kary nijak się miały do sprawiedliwości. Ta skaza to pokłosie sądowych mordów na Żołnierzach Wyklętych. To brutalne prześladowania solidarnościowej opozycji z użyciem peerelowskiego bezprawia. To wreszcie tuszowania przestępstw i zbrodni towarzyszy z partii, SB, ZOMO, WSI… To też zupełnie już współczesne wyroki serwowane na zamówienie polityczne III RP (kazus Milewskiego, „sędziego na telefon” i licznych jego „consortes”). Praktyka instrumentalnego wykorzystywania prawa stawia tę „nadzwyczajną kastę ludzi” ponad maluczkimi. Elementarny brak etyki zawodowej jest zaraźliwy i przenosi się na inne profesje. Znany polityk ukrywa, że był TW. Niezły lekarz okazuje się łapówkarzem. Skuteczny policjant brata się niespodzianie z mafią. A miły skądinąd ksiądz jawi się nagle pedofilem. To skutek wieloletniego rugowania z życia codziennego uniwersalnych przykazań Dekalogu: „nie kradnij”, „nie zabijaj”,,, nie mów fałszywego świadectwa” etc.
Sędziowie stykają się na co dzień z przestępstwami i wiedzą o nich prawie wszystko. Jeśli mają mentalność postkomunistycznego żulika, wierzą, że są sprytniejsi od pospolitych przestępców. Jednak rezygnując dobrowolnie z etosu szeryfa i czystości żony Cezara, przechodzą na ciemną stronę mocy. Tacy, sprzedając samochód, podkręcą licznik. I nie oddadzą znalezionego na ulicy portfela. Albo kradną, gdy tylko wydaje się im, że nikt nie widzi. Dla nich liczą się tylko pieniądze i władza.
Brak lustracji w wymiarze sprawiedliwości skutecznie blokuje naprawę kraju. Tymczasem sędziowie, którzy niegdyś pielgrzymowali do Moskwy, donoszą dziś na legalny polski rząd do Brukseli. I chyba tylko jakiś Robin Hood może to powstrzymać…
Lech Makowiecki
Źródło: „wSieci”, 6–12.03.2017

SĘDZIOWIE: SIEDEM GRZECHÓW GŁÓWNYCH

Porażające sprawy związane z ludźmi w sędziowskich togach zaczynają dziś wychodzić na jaw. Wcześniej, przez ostatnie 27 lat, o tym środowisku mówiono tylko dobrze albo wcale.
Nikt nie patrzył im na ręce, byli beneficjentami systemu. Ale reforma sądownictwa, którą z mozołem wprowadza obecnie Ministerstwo Sprawiedliwości, obnażyła bezkarność wielu przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości oraz specyficzną, kastową strukturę w środowisku, która –jak się okazuje – dość często przypomina tę mafijną, znaną z kronik kryminalnych i filmów sensacyjnych.
1 NIEKOMPETENCJA
Jak się okazuje, całkowita bezkarność i dowolność w orzeczeniach sędziów mogą być tragiczne w skutkach. Przekonała się o tym 12-latka z Golczewa, którą niecałe dwa tygodnie temu, w piątek S marca, porwał Ryszard D. – zwyrodnialec odsiadujący wcześniej wyrok za porwanie i pobicie siedem lat temu dziewięcioletniej dziewczynki. W 2016 r. sąd uwierzył w bajkę przestępcy, że za kratami przeszedł on rzekomą metamorfozę i przedterminowo wypuścił go na wolność.
Na nic zdały się protesty przedstawicieli zakładu karnego, którzy w zachowaniu Ryszarda D. nie dopatrzyli się udanej resocjalizacji, oraz pięć odmownych decyzji innych sędziów o przedterminowym wypuszczeniu Ryszarda D. Znalazł się jednak taki, który w niego uwierzył. To sędzia Andrzej Olszewski z Sądu Apelacyjnego w Szczecinie, który uznał, iż sam fakt uczestniczenia Ryszarda D. w programach resocjalizacyjnych i „stała poprawa w zachowaniu” są wystarczającymi przesłankami, by bandyta wyszedł z więzienia.
O rezultatach tej rzekomo udanej „resocjalizacji” dowiedziała się niestety cała Polska, gdy psychopata kilka miesięcy po przedterminowym wyjściu na wolność porwał 12-latkę, a potem porzucił ją w lesie pod Golczewem. Tylko szczęśliwy przypadek sprawił, że policjanci znaleźli przerażone dziecko i oddali je w ręce lekarzy. Ryszard D. ponownie trafił za kraty.
Jak na decyzję sędziego zareagowali jego przełożeni? Uznali, że „prognoza” zachowania wypuszczonego przedterminowo bandyty na wolność okazała się „błędna” i na tym temat się zakończył.
2 CHCIWOŚĆ
Nic dziwnego, że 52 proc. społeczeństwa źle dziś ocenia pracę sądów. Głośne ostatnio ekscesy niektórych sędziów jeżą włos na głowie. Jednym z największych grzechów jest w tym środowisku chciwość. Rzecz znana, ale nie do zaakceptowania przy pełnieniu tak ważnej publicznej funkcji. I nie chodzi już tylko o szokującą wypowiedź I Prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf, która stwierdziła niedawno, że za 10 tys. zł pensji miesięcznie „dobrze żyć” można jedynie na prowincji. Chciwość pcha bowiem niekiedy sędziów do popełniania przestępstw i machlojek, które burzą pielęgnowany wizerunek nieskazitelnego sądu.
Przykładem może być jedna z największych finansowych afer w polskim sądownictwie, której bohaterem jest prezes Sądu Apelacyjnego w Krakowie Krzysztof Sobierajski. Jak wynika z ustaleń prokuratury, prezes zawarł ponad sto prywatnych umów z firmami wykonującymi zlecenia na rzecz jego sądu i zarobił na tym gigantyczne pieniądze. Umów jest w sumie ponad 120 na łączną kwotę blisko miliona złotych. Każdą z nich prezes kwitował własnym podpisem, którego autentyczność potwierdzili eksperci.
Z zeznań przesłuchanych osób wynika, że umowy opiewające zwykle na 8 tys. zł – miały fikcyjny charakter. Prezes przyjmował pieniądze, ale nie wykonywał zleceń. Nie informował też ministra sprawiedliwości o tym, że podejmuje dodatkowe zarobkowe prace, mimo że spoczywał na nim taki obowiązek wynikający z prawa o ustroju sądów powszechnych. Straty krakowskiego sądu apelacyjnego, wynikające z afery związanej z wyłudzeniami, prokuratura szacuje już na ponad 10 mln zł.
3 ZŁODZIEJSTWO
Chorobliwa chciwość zgubiła także sędziego Roberta Wróblewskiego z Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu. Został on złapany na gorącym uczynku, gdy okradał market elektroniczny w swoim mieście. W procederze miała też uczestniczyć jego żona, którą również przyłapano na kradzieży. Wiele wskazuje na to, że działali jak dobrze zorganizowana szajka złodziejska. Zarejestrowała ich kamera monitoringu w wałbrzyskim sklepie.
Z informacji, do których dotarł portal wPolityce.pl, wynika, że 4 lutego para pojawiła się w markecie z elektroniką. Sędzia wraz z żoną wyciągali drobny sprzęt elektroniczny z pudełek i chowali do kieszeni. Puste pudełka miały być przez nich odkładane tak, by nie budziły podejrzeń, że towar został z nich wyciągnięty i ukradziony. W ich mieszkaniu znaleziono łupy o wartości 1,7 tys. zł skradzione prawdopodobnie właśnie w Wałbrzychu. Z jednej z hipotez badanych przez śledczych wynika, że sędzia mógł dokonywać podobnych kradzieży dużo wcześniej i znacznie częściej. Zatrzymany na gorącym uczynku zasłaniał się immunitetem sędziowskim, alei tak został odsunięty od spraw w sądzie i zawieszony w czynnościach.
Kolejnym amatorem kradzieży sklepowych okazał się sędzia Paweł M. z Sądu Okręgowego w Szczecinie. „Zainteresowały” go części do wiertarek. Wziął z półki przegubowy łącznik wkrętarki z pinem za 95 zł, schował do kieszeni i wyszedł ze sklepu. Potem tłumaczył, że nie chciał tego ukraść, tylko dostał telefon z warsztatu, więc szybko poszedł odebrać samochód. Żeby się ratować, pokazał ochronie legitymację sędziowską i zaproponował, że kupi cały zestaw, a nie tylko wyniesioną w kieszeni część wiertarki. Nic jednak z tego nie wyszło. Ochrona wezwała policjantów, a ci od razu wlepili sędziemu 100 zł mandatu za kradzież.
Listę ostatnio ujawnionych kradzieży sklepowych dokonanych przez sędziów zamyka sprawa sędzi w stanie spoczynku Katarzyny K.-H., która we wrześniu zeszłego roku próbowała ukraść w łódzkiej Manufakturze parę spodni.
4 KŁAMSTWO
Granicę żenady przekroczył też sędzia Tomasz L. z Zielonej Góry. Gdyby potraktować opowieść sędziego serio, trzeba by przyjąć, że niesforne auto uciekło mu z garażu i złośliwie przekroczyło prędkość. Ale w tę wersję trudno było uwierzyć nawet jego kolegom po fachu. A mimo to uniewinnili go, a Sąd Najwyższy uznał, że mógł kłamać we własnej obronie.
Kiedy w październiku zeszłego roku inspektorzy od fotoradarów dostali zdjęcia opla insigni, który gna przez małą wioskę, przekraczając dozwoloną prędkość o 14 km/h, postąpili rutynowo. Wysłali właścicielowi auta pytanie, czy to on siedział za kierownicą, a jeśli nie, to kto kierował autem.
Odpowiedź ich zdziwiła: – Nie kierowałem autem ani nikomu go nie oddałem, by nim jeździł – zadeklarował właściciel. Autorem odpowiedzi był zielonogórski sędzia, który zasłonił się przy tym immunitetem.
Inspektorzy nie wierzą jednak w cuda, dlatego powiększyli na zdjęciu oblicze kierowcy i okazało się ono tym samym, przed którym staje w sądzie wielu oskarżonych. Wysłali powiększone zdjęcie sędziemu, ale jego odpowiedź była identyczna.
Tomasz L. stanął przed sądem dyscyplinarnym. – Postępowanie sędziego miało cechy mataczenia – orzekł sąd dyscyplinarny pierwszej instancji i ukarał sędziego upomnieniem.
Zupełnie serio potraktował więc to, co parę lat temu napisał sam Tomasz L., opiniując ustawę o sądach we wniosku do Sejmu: „Sędzia powinien dbać o autorytet swojego urzędu” – postulował.
Jednak dziś zamiast dbać o autorytet sędziego, Tomasz L. odwołał się od kary upomnienia do Sądu Najwyższego. I tam – w najwyższym sędziowskim gronie – znalazł zrozumienie u kolegów po fachu. Został właśnie uniewinniony.
Zgodnie z przyjętą przez Sąd Najwyższy interpretacją, sędzia może więc kłamać we własnej obronie. Tomasz L. zaoszczędził więc 100 zł na mandacie, a – według kolegów sędziów cwaniactwem i krętactwami ani trochę uchybił autorytetowi swojego urzędu.
5 LICHWA
Operatywność i zaradność sędziowska ujawniła się także przy okazji sędziego z Puław, który określenie „wysoki sąd” zamienił na wysoki procent. Konkretnie: 40 proc.
Sędzia z Puław po godzinach zajmował się lichwiarstwem. – Był jak sęp
– opowiadał o nim człowiek, któremu pan sędzia udzielał wbrew prawu lichwiarskich pożyczek. Marek S.-K. uniknie jednak odpowiedzialności. Sąd dyscyplinarny właśnie ostatecznie urnorzył jego sprawę, bo się przedawniła.
To jeszcze jeden argument za tym, żeby wydłużyć przedawnienia w sprawach dyscyplinarnych, które dotyczą sędziów. Przygotowujemy taki projekt. Chcemy wydłużyć okres przedawnień z trzech do lat pięciu. A w razie wszczęcia postępowania w okresie tych pięciu lat do przedawnienia będzie dochodzić po upływie ośmiu lat od popełnienia czynu – mówi wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł.
6 MORDERSTWO
Jedną z najpotworniejszych historii jest sprawa zabójstwa, którego w 1997 r. dopuścił się w Koninie b. sędzia Krzysztof F. Udusił on kablem od telewizora 10-letniego Olka Ruminkiewicza. Gdy chłopiec już nie żył, sędzia morderca próbował wymusić od jego rodziców 100 tys. zł okupu za uwolnienie dziecka.
Sędzia wprawdzie odsiaduje dziś wyrok 25 łat więzienia, ale nie chce płacić ojcu swojej ofiary odszkodowania. Dziś Olek miałby 30 lat, a jego oj ciec wciąż żyje tą tragedią.
Wojciech Ruminkiewicz od kilkunastu lat próbuje odzyskać od mordercy zasądzone odszkodowanie – dziś z odsetkami to ponad 300 tys. zł. Ale zabójca sprytnie tego unika. Szansa na odzyskanie pieniędzy pojawiła się, gdy zmarli rodzice mordercy. Ale cały spadek zapisali drugiemu synowi – notariuszowi. Ten ojcu Olka zaproponował ochłapy – nie więcej niż 10tys. zł. Mordercy formalnie należy się tzw. zachowek, czyli jedna czwarta majątku po rodzicach. Sprytny sędzia zrzekł się jednak tych pieniędzy, by nie płacić ani grosza ojcu Olka. Dlatego Wojciech Ruminkiewicz wystąpił do sądu, by unieważnić decyzję o zrzeczeniu się spadku. Przegrał. Po apelacji sprawa toczy się odnowa. Włączyła się do niej Prokuratura Krajowa.
– Gdy w grę wchodzi taka tragedia, prokuratura nie może być obojętna. Morderca musi ponieść wszystkie konsekwencje, także materialne – mówi minister sprawiedliwości prokurator generalny Zbigniew Ziobro. W jego imieniu zastępca prokuratora generalnego Robert Hernand zdecydował, że prokuratura wystąpi w procesie cywilnym po stronie ojca Olka.
7 NIEUDOLNOŚĆ
Sędziowie często podkreślają powagę swojej pracy i jej szczególny wkład w poszanowanie zasad prawa. Ale jak tu wierzyć w powagę sądów i sprawiedliwość, skoro do wyroku w jednej sprawie sąd dołączył uzasadnienie wy- roku z drugiej, zupełnie innej sprawy. Wyszedł nonsens. Niedbali sędziowie mają za to odpowiedzieć przed sądem dyscyplinarnym. Wystąpił oto minister sprawiedliwości.
W uzasadnieniu wyroku, który wydał Sąd Apelacyjny we Wrocławiu, zgadzają się tylko dwa pierwsze zdania – dotyczą orzekanej sprawy. Cała reszta zaś odnosi się do zupełnie innej. Wygląda, jakby sędziowie – metodą „kopiuj, wklej” – powielili inne uzasadnienie, ale zapomnieli pozmieniać w nim fakty i nazwiska.
Pod uzasadnieniem skwapliwie podpisał się cały skład orzekający – troje sędziów z wrocławskiego sądu apelacyjnego, a więc najwyższego w sądowej hierarchii. Nie wiadomo, czy rzetelnie zbadali sprawę i wydali sprawiedliwy wyrok, czy „tylko” napisali uzasadnienie na łapu-capu, popełniając błędy i się kompromitując. Teraz będą mieli kłopoty.
– Postępowanie sędziów można zakwalifikować jako uchybienie godności urzędu – napisał minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro we wniosku o pociągnięcie ich do odpowiedzialności dyscyplinarnej.
Niekompetencja, rutyna i zła organizacja pracy polskich sądów to od lat jedna z największych bolączek systemu. Przewlekłość postępowania nie wynika jednak zawsze z natłoku pracy. Sąd Dyscyplinarny w Poznaniu w październiku 2016 r. usunął sędziego Sądu Rejonowego w Żaganiu Bogdana Sokołowskiego z funkcji przewodniczącego Wydziału Ksiąg Wieczystych. Powodem było to, że sędzia nie podejmował w ogóle lub podejmował rażąco przewlekłe czynności procesowe w 69 sprawach przydzielonych do referatu, dopuszczając się istotnych uchybień w sprawności postępowania. Rekordowe okresy bezczynności w niektórych sprawach wynosiły 482 dni.
Takie przykłady można mnożyć. Okazuje się, że najlepiej opłacane sądy pracują najgorzej – taki wniosek płynie z raportu Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości, który porównał wydatki na sądy z ich efektywnością. Wysoka pensja sędziego też nie przekłada się na wydajność w pracy. Często im wyższe ma zarobki, tym mniej zakończonych procesów na koncie.
Tymczasem sądownictwo kosztuje nas rocznie ponad 7 mld zł. Na każdy sąd apelacyjny wydaje się średnio ponad 20mln zł rocznie. Najwięcej dostają te w największych miastach.
Według danych instytutu za 2013 r. na utrzymanie Sądu Apelacyjnego w Warszawie wydano ponad 34 mln zł. Pracowało w nim 82 sędziów ze średnią pensją 12 tys. zł brutto każdy. Ale wydajność w warszawskiej apelacji była najniższa. Jeden sędzia w ciągu miesiąca rozpatrywał4,5 sprawy procesowej, podczas gdy średnia dla kraju wynosi sześć. I to pomimo tego, że na jednego sędziego w „apelacjach” przypadało średnio dwóch pracowników obsługi.
Z kolei sądy okręgowe dostają co roku na utrzymanie ok. 30 mln zł. Sędziowie mają tu zwykle po trzy osoby do pomocy. Rekordzistą według danych Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości był zatrudniający 255 sędziów Sąd Okręgowy w Warszawie z kwotą ponad 141 mln zł. Biorąc pod uwagę uśrednione wartości, sędziowie zarabiali ponad 10 tys. zł miesięcznie. Każdy z nich rozpatrywał po dziewięć spraw procesowych, które ciągnęły się ponad dziewięć miesięcy. Tymczasem w skali kraju jeden sędzia rozpatrywał średnio po 12 spraw procesowych, a każda trwała przeciętnie pięć miesięcy.
Najtańsze w utrzymaniu są sądy rejonowe – ich budżety wynosiły przeciętnie po mniej więcej 11mln zł rocznie. Zazwyczaj pracuje w nich po 20 sędziów, na których przypada niespełna czterech pracowników obsługi. Sędzia w rejonie dostaje 8,5tys. zł pensji, ale wciągu miesiąca załatwia średnio 26 spraw procesowych. Tu przeciętny czas trwania sprawy wyniósł trzy miesiące.
Tak więc ani podwyżki wynagrodzeń sędziów, ani dodatkowe etaty dla ich asystentów, referendarzy, urzędników i pracowników obsługi sytuacji nie poprawią, jeśli organizacja pracy nadal będzie pozostawiać wiele do życzenia.
***
Pomimo tak wielu nieprawidłowości w pracy sędziów oraz wielu patologii trawiących to środowisko problem przez wiele lat był zamiatany pod dywan. Wynika to z liczb. Okazuje się bowiem, że od 2011 do 2015 r. pozbawiono urzędu tylko H sędziów (na 310 wniosków dyscyplinarnych). Oznacza to, że średnio dwóch sędziów rocznie jest usuwanych i stanowi to jedynie 3 proc. wszystkich spraw. Najczęściej Stosowana jest najmniej uciążliwa kara upomnienia.
To wszystko świadczy o pilnej potrzebie głębokiej reformy polskiego sądownictwa. Środowisko nie oczyści się samo. Miało na to 27 lat i je zmarnowało.
Wojciech Biedroń
Źródło: „wSieci”, 13–19.03.2017

KAPŁANI WŁASNEJ PYCHY

Człowiek nie jest wyspą, istnieje we wspólnocie. Im więcej członków owej wspólnoty ma wpływ na formę jej organizacji i decyzje, tym państwo jest bardziej demokratyczne. Teoretycznie każdy ma do tego prawo, w praktyce korzysta z niego połowa, czasem dwie trzecie obywateli. Reszta nie korzysta, bo nie interesuje się polityką albo nie wierzy w swoją szansę na realny wpływ na sprawowanie władzy. Nie ufa państwu. I zapewne wielu ma ku temu poważne powody wynikające ze złych doświadczeń, ale tą abdykacją przekazują wszystkim pozostałym prawo podejmowania decyzji także w ich imieniu. Bo milczenie jest zgodą.
Państwa demokratyczne są – w ogromnej większości – zorganizowane wedle opisanej przez Charles’a Louisa de Secondat de Montesquieu zasady trójpodziału na władzę ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Owe trzy władze mają się nawzajem wspierać, ale i kontrolować. Po to, by żadna nie zdominowała pozostałych. Ów trójkąt kompetencji i zależności ma tworzyć możliwie najskuteczniejszą gwarancję, że państwo nie obróci się w despotyzm jednostki czy grupy.
Ale ów trójpodział ani tym bardziej żadna z części triumwiratu nie istnieje w oderwaniu ani od systemu aksjologicznego, ani od woli suwerena, czyli narodu, który – nie tylko w teorii –jest władzą najwyższą.
Degeneracja systemu władzy w ostatnich dziesięcioleciach w wielu krajach starych i świeżych demokracji doprowadziła do potężnej redukcji wpływu suwerena na jego własny los. Jak rak rozrosła się klasa biurokratów żyjących z pieniędzy podatników, w praktyce niemających żadnego wpływu na sposoby wydawania pieniędzy, które na państwo płacą. A władza ponadnarodowych korporacji chwyciła za gardło państwa małe i średnie, coraz skuteczniej sięga do gardeł tych najsilniejszych.
A GDZIE SPRAWIEDLIWOŚĆ?
W Polsce walka ta przybrała ostre formy. Zawarty z komunistami tajny układ magdalenkowy, wbrew woli narodu, określił formę przejścia od totalitaryzmu ku postkomunistycznej hybrydzie zwanej III RP. Wydawało nam się, że kluczowe w owym przepoczwarzaniu się są resorty siłowe, czyli wojsko, policja i tajne służby, wolność słowa i wolność gospodarcza. Tymczasem właściciele PRL właśnie przeistaczający się we właścicieli III RP, głównie wywodzący się z komunistycznych służb, doskonale wiedzieli, że dwie są sfery, których opanowanie da im nie tylko bezpieczne lądowanie w nowej rzeczywistości, lecz także pełną kontrolę nad tą rzeczywistością. O tyle sprytniejszą, że niejawną jak w siermiężnej komunie, ale świetnie ukrytą. Widoczną dla nielicznych. Te dwie sfery to banki i sądy. Od kilkunastu miesięcy Polacy próbują odzyskać wpływ na swój los, z różnym skutkiem w różnych dziedzinach. W tej kurzawie walki o odzyskanie podmiotowości długo umykał opinii publicznej wątek sądów i sędziów. W okresie transformacji wielce zasłużony, patriotyczny i szlachetny prof. Adam Strzembosz zapewnił, że nie ma potrzeby weryfikacji przechodzącego z PRL środowiska sędziowskiego, że ono oczyści się samo. Wielu mu uwierzyło, pozostałych zakrzyczano. A była to nie tylko skrajna naiwność, nie tylko błąd, była to, a właściwie jest, ogromna szkoda, jaką Polsce i Polakom prof. Strzembosz tym swoim głupstwem wyrządził.
Armia komunistycznych sędziów wzięła prysznic i z dnia na dzień stała się sędziami wolnej Polski. Ale przecież minęło 28 lat, ogromna większość z nich jest na emeryturze, w czym więc problem? Ano w tym, że ustanowili oni standardy dla wstępujących do tego zawodu ludzi. Najlepiej ujmuje go wypis z Wikipedii (hasło niezawisłość sądów wedle Trybunału Konstytucyjnego). Idę o zakład, że pisał to sędzia. Otóż wedle tego wpisu sędzia zobowiązany jest, by „nieskrępowanie orzekać zgodnie z własnym sumieniem, wskazaniami wiedzy, doświadczeniem życiowym oraz literą prawa”.
Zwróćmy uwagę na tę hierarchię: prawo jest tu na ostatnim miejscu. Wcześniej sędzia ma się kierować „wskazaniami wiedzy”. Ciekawe skąd czerpanej? Ważniejsze od prawa jest także „doświadczenie życiowe”. Zwłaszcza dla starych komunistów i sędziów bardzo młodych to kategoria osobliwa. Na końcu jest „litera prawa Właśnie „litera prawa”, nie ma nic o „duchu prawa, choć to pojęcie znane każdemu studentowi I roku i absolutnie kluczowe, bo przypominające o obowiązku sędziego, by przyglądał się uważniej i dokonywał oceny zgodnej z systemem etycznym zapisanym wprawie. Ale przede wszystkim nie ma w tych wskazaniach dla sędziów nic o… sprawiedliwości. Nie ma nic o etyce ani moralności. Jakże to charakterystyczne dla polskiego sądownictwa pełzającego śladem komunizmu.
BEZDUSZNOŚĆ
Pisze Monteskiusz: „Nie ma wolności, jeśli władza sądowa nie jest oddzielona od władzy prawodawczej i wykonawczej. Gdyby była połączona z władzą prawodawczą, władza nad życiem i wolnością obywateli byłaby dowolną, sędzia bowiem byłby prawodawcą”.
Otóż właśnie w Polsce niepostrzeżenie pozwoliliśmy sobie zainstalować system, w którym z trzech filarów władzy dwa mamy demokratyczne, a jeden całkowicie pozbawiony jakiegokolwiek mandatu i jakiejkolwiek kontroli. Po prostu idziesz do zawodu „władza”, wpasowujesz się i sprawujesz władzę dożywotnio. Monteskiusz doradzając trójpodział władzy, przestrzega jednocześnie przed sytuacją, w której sędziowie są wybierani przez sędziów i sami wybierają sędziów. To prowadzi do utworzenia kasty, alienacji tej kasty i sprzeniewierzenia się idei demokratycznego państwa prawa.
Sędziowie broniący zdegenerowanego systemu krzyczą o swej „absolutnie koniecznej niezawisłości” przemilczają jednak problem braku jakiegokolwiek mandatu społecznego do sprawowania władzy oraz pozostawania poza wszelką demokratyczną kontrolą. Skutkuje to poczuciem bezkarności, egotyzmem rozrastającym się do gigantycznych rozmiarów, upadkiem etycznych standardów. Skutkuje nie zapobieganiem degeneracji, jak chciał Monteskiusz, ale budowaniem degeneracji, wspieraniem układów patologicznych i praktyczną bezradnością państwa, by ten proceder zatrzymać.
Co powiedzielibyśmy, gdyby np. policjanci stworzyli kastę i domagali się władzy dożywotniej oraz pozostającej pod kontrolą wyłącznie innych policjantów?
PEDOFIL LEGALNY
Ogrom krzywdy powodowany jest nie tyle niewydolnością sądów, ile ich – jak mówią ludzie – bezdusznością. Wstrząsająca była ubiegłotygodniowa historia pedofila, który za znęcanie się nad dziećmi trafił do więzienia, a potem pięciokrotnie występował do sądu o przedwczesne zwolnienie. I pięciokrotnie otrzymał od mądrego sądu odmowę, władze więzienia także były zwolnieniu przeciwne. A jednak wniosek trafił do sądu apelacyjnego i sędzia apelacyjny pedofila zwolnił. Oczywiście pedofil natychmiast zaatakował kolejne dziecko. Po czym wystąpił rzecznik owego sądu apelacyjnego. Ale wcale nie był wstrząśnięty, nie mówił obłędzie, nie przepraszał. Ze spokojem tłumaczył, że decyzja była prawidłowa, zgodna z prawem. Są trzy możliwości:
albo sędzia został przekupiony, albo jest głupi, albo jest… no właśnie, jak to nazwać? Niegodziwy? Nieczuły? Nieludzki? Bezduszny–to dobre słowo. Podobnie przerażający był spokój owego rzecznika, że wszystko jest w porządku. Zatem dziewczynka została napadnięta zgodnie z prawem.
Doprawdy lepiej byłoby, gdyby ów sędzia i jego rzecznik byli przekupni, wzięli łapówkę i pedofila zwalniali, mając świadomość czynienia przestępstwa. To by przynajmniej znaczyło, że mają choćby szczątkową świadomość zła. Rozwiązanie problemu polegałoby na przyłapaniu takich łapówkarzy i wyeliminowaniu z polskiego sądownictwa. Boję się jednak, że problem jest znacznie głębszy. Ze to nie chciwość ani korupcja, ale głębokie deformacje etyczne w umysłach sędziego i jego rzecznika były powodem decyzji o zwolnieniu pedofila. Otóż sędzia ów kieruje się „wskazaniami wiedzy, doświadczenie życiowym”, ew. literą prawa i taka właśnie decyzja mu z owej układanki wypada. Nie ma cienia pomysłu, by kierować się sprawiedliwością, duchem prawa, dobrem ofiary i bezpieczeństwem społecznym. I będzie on nadal spokojnie orzekał w przekonaniu, że jest władzą absolutną, na którą nikomu nie wolno podnieść ręki ani powiedzieć słowa krytyki. I będzie nadal w majestacie prawa i obecnego systemu szkodził ludziom. Są oczywiście w Polsce sędziowie sprawiedliwi, rozumiejący, że ich funkcją jest obrona krzywdzonych przed krzywdzicielami. Coraz częstsze wyroki korzystne dla klientów banków okradzionych metodą na „kredyt frankowy” stanowią jeden z jasnych punktów na mapie polskiego sądownictwa. Alei owi sprawiedliwi sędziowie tkwią w chorym systemie, który nie zachęca, ale zniechęca do odwagi przeciwstawiania się możnymi wpływowym.
Komunistyczna sitwa sędziowska wmówiła wielu z nas, a teraz wmawia młodym sędziom i kandydatom na nich – że z jednej strony sędzia jest skrupulatnym urzędnikiem schowanym za paragrafami i niezainteresowanym ludźmi, a z drugiej, że sędziowie są jak egipscy kapłani, jedyni, którzy posiedli tajemną wiedzę, których nikt nie ma prawa krytykować ani kontrolować. Kapłani bóstwa, które nie istnieje.
Sądy to krwiobieg sprawiedliwości i poczucia bezpieczeństwa, że w Polsce warto żyć. Bez sprawiedliwych, sprawnych, rozumiejących swą funkcję sędziów nie uda się żadna gospodarcza reforma, żadne uwolnienie energii Polaków. Nic się nie uda.
Maciej Pawlicki
Źródło: „wSieci”, 13–10.03.2017

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *